Pożegnanie z Anką Słowianką czyli zmiana nazwy bloga

Zmiana nazwy bloga to efekt długiej i krętej drogi, którą przeszłam przez ostatnie kilka lat. Anka Słowianka powstała, bo wierzyłam całą sobą, że moim przeznaczeniem jest docierać do wiedzy przodków i żyć w zgodzie z nią.

Nadal w to wierzę, ale coś się zmieniło.

Anka Słowianka była tą, którą sama wyznaczyłam do bycia „idealną”: chodzenia tylko w długich sukienkach, bycia wegetarianką czy zaplatania warkoczy. Skądinąd wartościowe zasady spowodowały, że czułam się w pewnym momencie jak zapędzona w kozi róg.

I to przez samą siebie.

Bo przyszedł moment, gdy poczułam, że potrzebuję pochodzić w spodniach. Tak po prostu, z dnia na dzień nie mogłam patrzeć na długie kiecki. Potem nagle zauważyłam, że moje cieniutkie włosy naprawdę słabo wyglądają w warkoczach, a odkąd zamieszkałam nad morzem ryby na stałe zagościły w moim menu i wegetarianką to ja jestem na pół gwizdka.

Z rodem pracuję już od ładnych paru lat i ta praca spowodowała, że odkurzyłam swoje marzenie o tańcu towarzyskim, a tam odsłania się sporo ciała w kuszących pozach. I co teraz??!! To z pewnością nie przystoi wizerunkowi prawdziwej Słowianki. Takiemu, który uznałam za jedynie słuszny.

I… do którego nie dorastam, jak się okazuje.

Zaczęli wkurzać mnie ci, którzy zarzucali mi niespójność. „Czego mnie może nauczyć ta, która propaguje długie spódnice, a leci na randkę w sukience przed kolano” – usłyszałam któregoś razu. Cała oburzona nie mogłam zauważyć tego, że tak naprawdę był to mój własny głos! Sama krzywiłam się na to, co sobie zrobiłam. Wepchnęłam się w sztywne ramy w swoim własnym umyśle.

I choć wiedziałam, że ci nieliczni, którzy odważyli się na głos wypowiedzieć to, co sama sądziłam na swój temat to są moi nauczyciele i coś mają mi pokazać, długo nie mogłam zrozumieć, co to takiego. To zrozumienie przychodziło do mnie stopniowo, dzięki osobom, którym jestem dziś bardzo wdzięczna.

Bo choć był to proces bolesny, to potrzebny.

Równocześnie z tym działy się w moim życiu rzeczy, które pokazywały mi, jak ważne i potrzebne są nauki wedyjskie/słowiańskie. Szczególnie w relacjach. Że to, o czym czytałam, czego słuchałam na wykładach się sprawdza. Że po prostu działa. I że to właśnie wewnętrzne procesy, poczucie kobiecości wewnątrz siebie są najważniejsze.

A nie spódnice.

Ważne jest to, czy i w jaki sposób potrafimy dziękować mężczyznom, w jaki sposób patrzymy na rodziców, jakim tonem prosimy kogoś o pomoc. Te subtelności, te drobne nutki codziennego życia są najważniejsze. I to je właśnie jest najtrudniej zagrać.

Nie jest trudno wyrzucić spodnie, zapuścić włosy, nauczyć się haftować czy piec zdrowy chleb. Dużo trudniej jest powiedzieć, jak ktoś jest dla nas ważny czy jak mi ciężko. O wiele więcej wysiłku potrzeba, by kogoś przytulić, uśmiechnąć się, wybaczyć, przymknąć oko czy odpuścić. I sobie, i innym. Dużo trudniej jest oddychać głębiej i żyć prawdziwiej. Mieć odwagę odejść lub siłę, by pozostać. Umieć dawać i przyjmować miłość.

Ja wciąż jeszcze wydaję fałszywe nuty. Tak, bo, do cholery, ciągle się dopiero uczę!

Nie znaczy to, że teraz potępiam noszenie długich spódnic czy sukienek. Lubię je nadal, ale nie jak fanatyczka i nie dlatego że „trzeba”. Lubię je, bo czuję się w nich kobieco, lubię, jak kołyszą się i pomagają mi zwolnić szalone tempo. Ale są dni, a nawet tygodnie, kiedy czuję, że potrzebuję spodni.

Że dzieje się coś, w czym pomaga mi taka właśnie męska, ukierunkowana na rezultat energia. Chyba po prostu zrozumiałam, że wszystko ma swój czas i do wszystkiego trzeba dojrzeć. Oraz że trzeba pokochać i zaakceptować siebie taką, jaką się jest na ten moment – nieidealną, z cienkimi włosami i rybą na talerzu. Wiem, na co trzymam kurs, moje marzenie jest w moim sercu i wierzę, że przyjdzie czas, gdy się spełni.

Czemu „Słowianka w wielkim mieście”?

Bo sama w nim mieszkam i postanowiłam przestać na to narzekać i żyć w ciągłym „czekaniu na”, a odnaleźć w tym większy sens i robić to, co mogę, by już teraz, właśnie w tych warunkach odradzać i przekazywać wiedzę naszych przodków. Jej istota bowiem jest w jakości relacji międzyludzkich, nie w tym, by mieć swój hektar, zaplatać warkocze i pomykać w lnianych ciuchach.

Nic mi po tym, jeśli nie potrafię kochać i przyjmować miłości.

I chcę jeszcze powiedzieć, że nie jestem i nie chcę być przewodniczką ani nauczycielką duchową. Jestem tłumaczką i pisarką, kobietą, która szuka odpowiedzi na ważne pytania i to, co wyda jej się istotne, przekazuje dalej.

Chcę, by to jasno wybrzmiało: sama jestem w drodze i sama poszukuję.

Czasem mam bardzo trudne dni, potykam się, ale nie poddaję. Podnoszę się, zadaję pytania (często przez łzy), i odpowiedzi napływają, z różnych źródeł, coraz częściej z mojego serca. Jeśli kogoś to w jakiś sposób porusza i inspiruje – świetnie, zapraszam do wspólnej podróży. Jeśli ktoś oczekuje czegoś innego – też dobrze, bo już wie, że tutaj tego nie dostanie i może kontynuować swoje poszukiwania w innym miejscu.

Chciałabym też wyjaśnić, że nie aspiruję do bycia ekspertką w temacie słowiańszczyzny, bo za taką mnie sporo osób uważa. Podchodzę bardzo ostrożnie do przekazów pisemnych sprzed co najwyżej kilkuset lat (a to one przeważnie są rozumiane i promowane jako słowiańskie), ponieważ zawierają one bardzo wiele zniekształconych obrazów. Jak choćby niektóre teksty pieśni ludowych, porady żywieniowe czy obrzędy. Część z nich oczywiście można przyjąć, jednak w moim odczuciu większości trzeba się mocno przyjrzeć.

Kulturę i wiedzę słowiańską/wedyjską pojmuję i czuję dużo głębiej.

Tak naprawdę mam czasem wrażenie, że powinniśmy stworzyć to wszystko na nowo, czerpiąc z przekazów jak najstarszych (a takimi są Wedy, według niektórych teoretyków przekazane Hindusom przez Słowian) i adaptując je do warunków dzisiejszych, za priorytet biorąc naukę relacji międzyludzkich.

Taki jest cel tego bloga i mojej działalności. Będę bardzo szczęśliwa mogąc dzielić się tym, co bliskie mojemu sercu z innymi ludźmi.