O miłości do siebie

Happy young smiling woman with pink paper heart

Jeśli w dzisiejszych czasach nosisz spodnie albo krótkie spódniczki, opalasz się w bikini, sypiasz z różnymi mężczyznami, rozwodzisz się, pracujesz całymi dniami, nie widujesz swoich dzieci – to jest normalne i nie podlega negatywnym ocenom. Nikomu nie trzeba nic wyjaśniać – jesteś przeciętną kobietą ze statystyki. Współczesną, podążającymi za trendami. Ale jeśli zakrywasz swoje ciało ubraniami, nie rozpuszczasz włosów, nie pijesz, nie palisz, nie jesz mięsa, nie malujesz się, nie śpisz z kim popadnie, nie prowadzasz dzieci do przedszkola – to jesteś staroświecka i dziwna. Albo jesteś w sekcie, albo nie nadążasz za swoimi czasami, albo jesteś po prostu nienormalna. A co jeśli właśnie w ten sposób naprawdę kochasz siebie?

 W dawnych czasach kobiety zawsze były otaczane opieką i chronione. Przez całe życie. Działo się tak ponieważ idea obrony kobiet była wszechobecna, począwszy od ich narodzin
aż do śmierci. Bliscy kobiecie mężczyźni strzegli jej zmieniając się „na warcie”: ojciec-mąż-syn. Również dotyczyło to braci, wujków, dziadków i wnuków. Kiedy kobieta zostawała sama, bez ochrony, było to wielkim nieszczęściem i straszną hańbą dla jej rodziny. Kobieta była czczona od urodzenia i było oczywistym, że nawet małe dziewczynki władają ogromna siłą i mocą. Uważano, że nawet w okresie dorastania są one naiwne jak dzieci, łatwo je okłamać i wykorzystać. W związku z tym trzeba postępować z nimi tak samo, jak z dziećmi: chronić je. Są bowiem bezcenne. Kobiety przez całe swoje życie pozostawały oczkiem w głowie rodziny.

Ale czasy się zmieniły.

Stopniowo sposób traktowania kobiet również przeszedł transformację. Kobiety zostały pozbawione szacunku, jakim darzono je wcześniej. Najgorsze jest, że również zostały pozbawione opieki. Co z nami zrobiła tak zwana cywilizacja? Wskutek rewolucji, wojen światowych i innych bitew kobiety pozostały same, bez mężów, z dziećmi na rękach. Te z kolei nie miały ojców. Kobiety w podeszłym wieku traciły synów – swoje podpory i wsparcie na stare lata. Na świecie zostali sami chłopcy, a chłopiec to nie mężczyzna. Chłopca chroni matka. Tak więc chłopcy w ciałach dorosłych mężczyzn przyzwyczaili się do bycia chronionymi, a nie do chronienia innych. Przywykli do „wiszenia na szyi” kobiet. Nie rozumieli swojej męskiej natury. A my przestałyśmy w nich wierzyć i…

Zaczęłyśmy wszystko robić same.

Problemem kobiet jest to, że dajemy się wykorzystywać: dajemy mężczyznom uwagę, przygotowujemy jedzenie, sprzątamy, kochamy się z nimi, ba – najczęściej też zarabiamy pieniądze, a przy tym często nie jesteśmy ich żonami lub chociażby partnerkami życiowymi. Nie ponoszą za nas odpowiedzialności, a wysługują się nami (czasem nieświadomie, sądząc, że to zwykły stan rzeczy). Nasza naturalna naiwność jest przyczyną tego, że wierzymy w różne bajeczki i za prawdziwe bierzemy nawet to, co przeczy zdrowemu rozsądkowi i logice.

Jesteśmy takie niezależne.

Cywilizacja próbuje wmówić kobietom, że naturalne jest nasze dążenie do niezależności finansowej. Potrafimy przecież osiągnąć to, co mężczyźni. A nawet więcej. Tyle jest teraz haseł: kobiety w biznesie, biznes w szpilkach itd. Najczęściej jednak oszałamiający sukces zawodowy i tę wyczekiwaną niezależność finansową okupujemy samotnością, wyczerpaniem, ale również tym, że mężczyźni mając pracującą kobietę w domu, przestają się starać zarobić więcej i wziąć więcej odpowiedzialności za byt. Oni po prostu przestają być nam potrzebni. A przynajmniej tak to odczuwają.

Nie chodzi o to, byśmy usiadły w domu przed TV, albo rzuciły się w wir prac kuchennych i w tym znalazły jedyny słuszny sens życia, ale o to, byśmy realizując się zawodowo, szanowały swoją żeńską naturę. Byśmy szukały swego prawdziwego przeznaczenia, a nie pracowały „na utrzymanie”, „bo on za mało zarabia”, czy „bo ja też chcę”.

Prawda jest taka, że do pracy idziemy, ponieważ tęsknimy do relacji międzyludzkich.

Kobieta jest z nich utkana, i kiedy pozostaje z dzieckiem w domu, a męża widuje tylko wieczorami, to budzi się w niej tak wielka tęsknota, że uważa, że to jest chęć realizacji zawodowej. Podczas gdy często jest to po prostu głęboka i naturalna potrzeba bycia wśród ludzi. Kiedyś, kiedy żyło się we wspólnotach, ten problem znikał. Zaspokojona była bowiem ta skłonność kobiet do bycia w stadzie, wśród innych kobiet (stąd w ostatnim czasie tak ogromna i wciąż rosnąca potrzeba spotkań w żeńskich kręgach).

Jesteśmy takie odpowiedzialne

Stałyśmy się odpowiedzialne nie tylko za utrzymanie rodziny. Musimy również świetnie gotować, prowadzić dom, być znakomitymi kochankami i świetnymi partnerkami do intelektualnych rozmów. Ale co najważniejsze, wszystko to musimy najpierw dać przetestować mężczyźnie, którego uznamy za odpowiedniego kandydata. Tak więc naturalne stało się to, że dajemy się „sprawdzić” przed ślubem – w łóżku, w kuchni, w domu.

Wygląda to bardzo niewinnie: skoro ślub jest na całe życie, to trzeba się przetestować.

Wpuszczamy więc mężczyznę do naszego życia, często pozwalając, by mieszkał u nas, przyrządzamy mu obiadki, przygotowujemy relaksujące kąpiele, masaż i ubieramy seksowną bieliznę, aby tylko zaspokoić jego oczekiwania. Nie wymagamy od mężczyzn tego, by się o nas starali. Nie dajemy im pokazać, ile są warci. Wystarczy przecież, że są zainteresowani i w sumie jest nam z nimi dobrze. Przymykamy na to oko, dopóki sami nie mamy córki i nie staniemy przed pytaniem: czy fajne jest, jak przychodzą kolejni mężczyźni i ją testują, sprawdzają jej „przydatność” do użycia. A świat i kobiety godzą się na takie traktowanie, bo przecież on pójdzie do innej, jeśli nie dostanie tego ode mnie.

A mężczyźnie jest wygodnie, bo ma wszystko, czego potrzebuje i nic nie musi dać w zamian.

Pozwoliłyśmy sobie wrzucić na ramiona ciężar odpowiedzialności nie tylko za utrzymanie rodziny, ale i za jej powstanie. Naturalne stało się łykanie bardzo szkodliwej dla nas antykoncepcji hormonalnej. Szkodliwej nie tylko dlatego, że wymusza to na nas branie odpowiedzialności za przyszłość ewentualnej rodziny (co jest bardzo obciążające dla kobiety), ale też dlatego, że odcina nas od czucia swojej kobiecości, zmienia skład hormonalny naszego organizmu i znieczula na to, co szkodzi naszej żeńskiej naturze.

Godzimy się na to i wiele lat żyjemy w oczekiwaniu na wymarzony pierścionek lub na inną formę wzięcia za nas odpowiedzialności. Tymczasem, same zarabiamy i spłacamy kredyt, ciesząc się, że mężczyzna dokłada chociaż do czynszu.

 Gdzie nasz szacunek do samych siebie?

Naturalne stało się też to, że podążamy ślepo za modą, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo wpływa na nas ubranie i fryzura. Wciśnięto nas w spodnie i przystrzyżono, mało tego, wmówiono, że to wygodne, modne i dzięki temu jesteśmy takie niezależne i wyglądamy jak chcemy.

Ogolono nasze nogi, łona i pachy i kazano myśleć, że to ładne. A my uwierzyłyśmy i pozwoliłyśmy się wystawić na witrynę tego świata, naginając się do przyjętych kanonów. Płacząc z bólu przy wyrywaniu włosków z miejsc, w których przecież nie może ich być, a one u nas akurat do cholery rosną! Po co rosną? Co ten Stwórca wymyślił? Na szczęście człowiek jest mądrzejszy i wymyślił golarki, woski, kremy. Uff. To nic, że boli, że chemia, że czerwone kropki. Tak trzeba. Bo włosy „tam” są przecież takie obrzydliwe.

Powiedziano, że bez makijażu wyglądamy brzydko, a nieumalowane usta i paznokcie pozbawiają nas kobiecości. Że szpilki i seksowna bielizna są jej nieodłącznym atrybutem. Nie szkodzi, że w kosmetykach jest pełno chemii, stopy wykrzywiają się od niewygodnych butów i bolą niemiłosiernie, a bielizna uwiera i kosztuje.

Damy radę.

Zarobimy na seksi bieliznę, na lepsze kosmetyki (powiedzieli, że jak droższe to więcej naturalnych składników zawierają), a buty… ojej, a kto powiedział, że ma być wygodnie. Jak się chce być piękną to trzeba pocierpieć – kojarzycie taki tekst? Niesamowite! My naprawdę dałyśmy się nabrać.

Po co to robimy? Dlaczego tak bardzo chcemy się przypodobać?  

Bojąc się być prawdziwymi, przyjęłyśmy za nasze przekonanie, że jeśli nie dostosujemy się do schematu to nikt nas nie zechce. Wydaje się nam, że jak będziemy już „takie jak trzeba” to w zamian otrzymamy miłość. Niestety, to tylko złudzenie. Miłość nie bierze udziału w takich grach. Miłość ceni sobie szczerość i naturalność. Uwielbia każdą zmarszczkę, każdy siwy włos, każdą bliznę. Miłość nie chodzi na kompromisy ugniatające nasze poczucie własnej wartości.

Brak miłości i wiary w siebie u kobiety przekłada się na brak odpowiedzialności u mężczyzny.

Innymi słowy, mężczyźni odnoszą się do nas w taki sam sposób, w jaki my odnosimy się do siebie. Dopóki nie uwierzymy w siebie, nie spotkamy się ze samą sobą, nie damy sobie miłości i troski, obok nas będzie wciąż słaby, nieodpowiedzialny chłopiec. A my potrzebujemy mężczyzn, ojców, mężów, synów.

Ale by oni się pojawili, my musimy im na to pozwolić.

Pozwolić im przejawić męską energię, siłę, moc. Nie odbierając im odpowiedzialności, a oddając ją tam, gdzie jest jej miejsce. Pozwolić im o nas zawalczyć. Mówiąc „nie” wykorzystywaniu i naginaniu. Pozostając sobą. Kochając siebie.

Anna Wrzesińska, na podstawie materiałów z warsztatów, tekstów Olgi Valiajevej i ze strony vk.com/yaslavyanka